niedziela, 15 lutego 2015

Zadanie nr 4/ Oto mrożący krew w żyłach fanfik Wojtka


Jestem Jurand ze Spychowa. Obecnie zażarcie walczę z Krzyżakami z zemsty za żonę. Zabili mi ją podczas naszej przejażdżki przez ziemię spychowską. Gdy wraz z żoną jechałem dorożką przy granicy z Zakonem, wyjechało naprzeciw nam kilku jeźdźców w białych szatach z czarnym krzyżem na plecach. Nie spodziewałem się niczego złego z ich strony, gdyż nie uczyniłem, im żadnej krzywdy, a wręcz przeciwnie - częstokroć, im  pomagałem. Tym większe było moje zdziwienie, gdy dowódca tejże kompani rozkazał mi wraz z żoną i woźnicą wysiąść z dorożki i ukorzyć się przed nimi. W tej chwili zdałem sobie sprawę z faktu, iż zostałem napadnięty.
Chciałem się bronić, lecz Krzyżacy widząc, że sięgam po broń, chwycili mą żoną i rozkazali mi się poddać, gdyż w przeciwnym wypadku ją zabiją. Nie miałem wyboru. Popatrzyłem się jeszcze tylko na woźnicę, który idąc w moje ślady, wyciągnął miecz przygotowując się do walki i gestem głowy wskazałem mu, aby podobnie jak ja się poddał. Po chwili obaj rzuciliśmy swoje miecze pod nogi krzyżackiego kapitana. On zaś rozkazał swojemu giermkowi, aby je zabrał, po czym zwrócił się do nas z pogardą. Powiedział: ,,Widzicie, nie tak trudno wskazać wam wasze miejsce w szeregu. Jednak wina nie może obejść się  bez kary. " I wskazując ponownie na swojego giermka popatrzył się na mą żonę. Ten zaś wyciągając za pasa krótki miecz - mizerykordię podszedł do niej i płynnym ruchem, bez jakiegokolwiek wahania, poderżnął jej gardło. Widok, który zobaczyłem, wstrząsnął mną. Żona ma, którą tak bardzo miłowałem, padła bez tchu do mych stóp, cała we krwi, a widok jej twarzy przyprawiał o ciarki. Jednak tak szybko, jak wezbrał we mnie smutek, pojawił się i gniew. Zrodziła się we mnie taka furia i nienawiść do oprawców mej żony, iż nie mogłem dłużej stać tak bezczynnie. Rzuciłem się na giermka, który zabił mą żonę i powaliłem go. Gdy upadał, wypadła mu z ręki mizerykordia, którą chwyciłem i zadałem mu nią śmiertelny cios. W tym samym czasie mój woźnica chwycił za drewniany pal, leżący przy nim i wymachując nim rzucił się na dwóję Krzyżaków, których konie znajdowały się blisko niego. Nieprzygotowani wrogowie zostali zrzuceni z koni. Woźnica zaś widząc to chwycił za jeden z mieczy, który wypadł zakonnikowi z ręki i uśmiercił ich obu. Ja zaś pochwyciłem miecz giermka, który niewłaściwie został włożony przez niego do pochwy, dzięki czemu z łatwością mogłem go wyjąć, mimo że mój przeciwnik leżał na ziemi i zaatakowałem nim zaskoczonego Krzyżaka, którego koń stał przy mnie. Dzięki nieprzygotowaniu rywala zdołałem go zabić. Z zakonników został mi już tylko do zabicia dowódca kompani. Też zaś widząc śmierć swoich ludzi zszedł z konia i energicznym krokiem, poszedł w moim kierunku. Gdy był już blisko mnie, podniósł w górę miecz i skacząc ku mnie z okrzykiem ,,Giń polska mendo!", zaatakował mnie. Ja jednak byłem przygotowany na jego uderzenie i sparowałem jego cios. Dzięki wieloletniemu treningowi i doświadczeniu wojennemu byłem doskonale wykształcony w kunszcie rycerskim i wyprowadzając sprytny kontratak, przebiłem mieczem pierś przeciwnika. Uśmierciłem wszystkich, którzy uczestniczyli w zabiciu mojej żony, jednak spokój nie ogarnął mego serca. Wziąłem ciało mojej żony na ręce, zaniosłem je do dorożki i wraz z woźnicą zawiozłem je do Spychowa. Ciała zabitych Krzyżaków również zabrałem ze sobą, aby dopełnić nakazu mego Pana - Jezusa Chrystusa o pochówku zmarłych. Podczas drogi powrotnej do domu powziąłem sobie za cel dożywotnią walkę z Krzyżakami z zemsty za zabicie żony i, aby jedyna rzecz, która mi po niej pozostała, moja najukochańsza córka - Danusia nie doznała z ich ręki żadnej krzywdy.